Popadanie w hedonizm

Był taki czas w moim życiu gdzie po rozstaniu z jednej strony było mi oczywiście przykro, z drugiej zaś, poczułem niesamowitą ulgę. Wtedy nie zdawałem sobie sprawy jak duże piętno odcisnęło na mnie to rozstanie. Jak fakt bycia zaręczonym, a potem konieczności zakończenia tego stanu, bardzo we mnie siedział. Na co dzień staram się tego nie pokazywać, nie mówić o tym, może nawet ukrywać, a po ostatnim razie ukryję jeszcze mocniej. Jestem mocno emocjonalną osobą. Współodczuwanie jest dobrym określeniem, bardzo mocno współodczuwam i mam tak odkąd pamiętam. Czytając/widząc scenę potrafię poczuć, to, co czuję jej uczestnicy. Dość ciężkie do opisania i mocno utrudniające codzienne funkcjonowanie. Potrafi mnie wzruszyć wszystko, co posiada odpowiednio duży ładunek emocjonalny. Bez względu na to, czy będę na ulicy, w pracy, podczas spotkania, przed tv, kompem, czy wchodząc do biedronki. Straszna, to lipa gdy wchodzisz do biedro, bang! Zabłąkana myśl i oczy robią się mokre. Dlaczego o tym wszystkim wspominam? Metody radzenia z emocjami są różne. Kiedyś zastanawiałem się jak, to jest być gościem, który się nie przywiązuje tylko korzysta z uroków życia. Tak jak robi większość bez mózgów, tylko tutaj miało być bez krzywdzenia. Trzeba uważać, czego sobie człowiek życzy, bo może się spełnić…

Plan… stop nie było planu, było pewne założenie. Poznawać, bo poznawanie jest fajnie, dzielić się doświadczeniami, miło spędzać czas, dokładając do tego sex, aaa no i nie angażować się. Najlepiej by żadna ze stron się nie angażowała. W głowie to wszystko było takie proste i bezpieczne.

Wpierw kilka spotkań, które zupełnie nie wypaliły, okazało się jak to mocno osoby ściemniają w sieci i są kimś zupełnie innym. Nie mają sobą nic ciekawego do zaoferowania. Po miesiącu pojawiły się dobrze rokujące znajomości. Nie patrzyłem na to wtedy jak na inwestycje, ot żyłem z dnia na dzień. Teraz dopiero, z perspektywy czasu, widzę pewne wyrachowanie w swoim postępowaniu. Nie mam pojęcia, czy ukrywałem je sam przed sobą, czy może faktycznie działałem podświadomie. Cały proces stał się schematyczny, poznanie, rozmowy, spotkanie, sex, kilka spotkań, najczęściej z sexem. Zaznaczałem, że nie chcę się wiązać, że na razie mam bałagan w głowie i do czasu uporania się z nim nikłe szanse na coś co można nazwać związkiem. Spotykałem się tylko z osobami, które to akceptowały, choć tak naprawdę dostrzegam, że byłem w kilku nieformalnych związkach jednocześnie.

 

Z sexem jest jak z pizzą nawet średnia jest dobra

Jest jakiś dreszczyk przy poznawaniu drugiej osoby, gdy rozpoczyna się gra i wzajemne podchody. Ma to swój smak, o którym okazuje się, jest bardzo ciężko zapomnieć. Pierwszy sex, albo raczej pierwszy miesiąc sexu, hormony buzują, jest pozytywnie, ego skacze, nie ma rzeczy niemożliwych. Gdy emocje opadają, bo w końcu nie angażujemy się szczególnie mocno, tylko tyle ile to niezbędne. Nie udaje się podtrzymać tego ognia, jaki jest w związku wywoływany przez pozostałe emocje. Zaczyna się poszukiwanie kolejnego pseudo związku. Jeden wygasa zaczyna się drugi. Zacząłem traktować relacje międzyludzkie powierzchownie, dając od siebie więcej, gdy dawało mi to korzyść lub mogło ją dać w niedalekiej przyszłości. Zaczęły się problemy z zaufaniem pogłębiane faktem, że dotychczasowi znajomi okazali się zaufania niegodni. Stąd miał miejsce reset wszystkich starych znajomości. Niektórym zapewne oberwało się rykoszetem. Część udało się przeprosić, część się może nawet nie zorientowała i temat zlała.

Tak jak pizza nie przestała mi smakować, tak sex owszem. Stał się hmm może nie automatyczny, czy pozbawiony emocji, ale bezwartościowy. Doszło do tego, że zacząłem zaspokajać potrzeby innych w tym czasie będąc myślami gdzieś daleko. Wtedy jeszcze nie wiedziałem gdzie.

 

Pora się ogarnąć

W moim życiu przypadkowo pojawił się ktoś, kto zatrzymał tą karuzelę. Zacząłem się oddawać kreatywnym zajęciom, wróciłem do fotografii, zacząłem tworzyć wzory na koszulki, znów jarał mnie montaż video. I choć po tym wszystkim co było wcześniej bałem się nazwać tej relacji związkiem, to ona nim była. Prawdziwym związkiem z krwi i kości! Ze wsparciem, zaufaniem, zrozumieniem, dzieleniem dobrych i złych chwil. Co najważniejsze działało, to w obu kierunkach. Jednak pewnego dnia wszystko się spierdoliło. Stało się to tak nagle, że autentycznie nie wiedziałem… co się stało.

Zostałem po prostu zostawiony dla innego. Just like that. W jednej minucie z kimś jesteś, w drugiej nie. Magia.
Cały proces czyszczenia głowy, pracy nad złymi nawykami i niewłaściwymi reakcjami szlag trafił. Progres może się nie cofnął znacząco, ale całkowicie zatrzymał. Znów chciałem wrócić do wcześniejszego życia.

 

Wróciłem?

Odnowiłem konta na portalach randkowych i już miałem rzucić się w wir beztroski oraz pierdolenia zasad. Jednak tak się nie stało. Każda nowa znajomość kończyła się w świecie wirtualnym, tam gdzie się zaczęła. Na początku były emocje, które pchały do działania, ale spotkania odwoływałem. Brzydziłem się sobą i tym co się dzieje. Wiedziałem, że musze coś zrobić, bo stało się to formą uzależnienia, ale nie miałem siły… Z drugiej strony potrzebowałem kogoś by po prostu pogadać, by zrzucić z siebie ciężar dnia codziennego. Trwałem w tym za co spotkała mnie odroczona w czasie kara.

 

Czyżby czyżyk?

Jestem niegłupi, nawet nie brzydki, spotykałem się z pięknymi kobietami ale jednak mimo tej całej zayebistości bywam nieśmiały i nie startuję do kobiet z nie swojej ligi. Trzeba znać swoje miejsce w szeregu.

Pojawiła się ona, to spojrzenie, wrażenie jakie na mnie zrobiła, sprawiło, że postanowiłem zagrać va banque. Nie miałem nic do stracenia, przecież mnie nie zje, ale nie wierzyłem też by była szansa na wygraną. Dawno o nikogo tak nie zabiegałem. Chyba ostatni raz jak miałem 13 lat i byłem pełen wzniosłych idei. Zazwyczaj gdy się nie klei odpuszczam, a tutaj trzy próby i trzecia przyniosła efekt. Spotkaliśmy się i… stało się… zakochałem się! Nasze spotkania były mocno utrudnione i najczęściej krótkie. Każda wspólna chwila, to wybuchy radości, myśl o spotkaniu napawała mnie euforią. Czyżby los miał się odmienić? Cały czas pamiętam spontaniczną podróż do innego miasta tylko po to by pobyć trochę dłużej razem, nieważne, że w busie.

Oczywiście z dnia na dzień nie pozbyłem się złych nawyków, nie pokonałem depresji, która wtedy mnie niszczyła, ale miałem dla kogo walczyć, bo walka dla siebie samego nie wystarczyła.
Nie poznaliśmy się w różowym okresie naszych żyć. Jednak, jeżeli wspólnie pokona się pewne trudności związek będzie trwalszy Tak uważałem i tak nadal uważam.

 

Normy społeczne

Kobiety zafiksowały się na tym jaki to jest ich straszny los. W życiu zawodowym niedoceniane, gorzej oceniane, w życiu domowym ograniczane, uprzedmiotowiane każdego dnia. O mężczyznach się nie mówi. Musimy być silni, niezależni, zawsze być wsparciem i fundamentem. Mężczyzna nie może okazywać nadmiernie emocji, a łzy są niedozwolone. Czy dostrzegacie, do czego zmierzam?

Gdy nie radzisz sobie z sobą, ze swoim życiem, ale masz jasny cel, do którego dążysz. Wiesz, co chcesz robić dalej, widzisz postępy w samym sobie, w sposobie myślenia i działania, więc tym bardziej nie czułem potrzeby obarczania kogoś sobą. Zwłaszcza, że już wystarczająco zawiodłem na polu zwanym „byciem mężczyzną”.  Drobne gesty każdego dnia, śniadania, każda wolna chwila razem, mimo iż to wiele (o postrzeganiu przeze mnie miłości w kolejnym wpisie) może się okazać niewystarczające, gdy da się solidnie dupy.

 

Mądry Polak po szkodzie…

Chciałbym krzyczeć jak kocham i żałuję, że tego nie robiłem gdy mogłem, gdy należało, że nie odnalazłem siły w tym co miałem, nie czerpałem z tego dobrej energii, a uciekałem w zapomnienie. Zamiast na rany smutku nakładać plaster ze szczęścia i radości, udawałem, że rany nie ma. Szukając ukojenia w bzdurach jak rozmowy, tak bardzo podobne do tych prowadzonych wcześniej. Zamiast uciec w ramiona bliskiej osoby, uciekałem w mało wyszukane i obleśne żarciki przez internet. Odmóżdżały mnie, zapominałem jak marny jestem. Jest to pokłosie wcześniejszych wydarzeń, decyzji, relacji. Jakże wielkim błędem było nie przekreślenie przeszłości grubą kreską, mentalne walnięcie się w ryj i powiedzenie sobie dość…

… A w TV ostatni odcinek przyjaciół. Rachel zeszła się z Rossem i nie wyjechała do Paryża. Wzloty i upadki, błędy i ich naprawa. Żal, gorycz, wybaczenie. Moja ulubiona filmowa para, para idealna.

 

Czegoś się jednak nauczyłem

Pomijając ogólny przekaz, mówiący o tym, że hedonizm jest bardzo be i niszczy nam życie. Wypacza emocje, postrzeganie świata, postrzeganie ludzi. Jest jeszcze coś. Utwierdziłem się w przekonaniu, że trzeba szanować wybory innych, nie pytać, nadmiernie nie drążyć. Często za tymi wyborami stoją historie, których nie znamy i może nie jesteśmy gotowi poznać. Kolejna nauka to wartość, jaką niesie szczerość. Strach przed odrzuceniem, brakiem zrozumienia, utratą tego, co ważne utrudnia „stosowanie” jej zawsze i wszędzie, a przecież albo zostaniemy zaakceptowani i coś zbudujemy, albo odrzuceni i unikniemy większego bólu później.

 

Co dalej?

Nie zawsze da się naprawić co się solidnie spierdoliło. Nie będę tu cytował zjebanych porównań o potłuczonej wazie, która po sklejeniu nadal ma rysy. Zostały duże kawałki jednak wazy już z tego nie będzie. Choć zręczny artysta pewnie sklecił by z tego coś nowego, może nawet lepszego.

A teraz, teraz wracam do wygrzebywania się z gówna, w jakie to wszystko mnie władowało, w jakie ja sam się władowałem…

 

blog2